Wisła 1200 – relacja z trasy

 

 Wisła1200, czyli pierwszy gravelowy ultra maraton już za nami. Jego założenia były proste – pokonać wyznaczoną trasę wzdłuż królowej polskich rzek, od źródła na Baraniej Górze do ujścia, bez wsparcia z zewnątrz, w czasie nie dłuższym niż 200 godzin.

Szosowcy stwierdzą, nic trudnego, ale trasa wcale nie przebiegała po równych asfaltach. Przez cały wyścig, zaliczyliśmy chyba każdą nawierzchnię od zarośniętych wałów, przez szutrowe i piaszczyste drogi, a nawet kilkunasto-kilometrowe drogi utwardzone betonowymi płytami (jumbami :p). Cóż, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie było łatwo.


Przygotowania

 O samej imprezie usłyszałem jeszcze w zimę. Długo się nie namyślając, wysłałem zgłoszenie. Do tej pory trochę jeździłem, ale stwierdziłem, że trzeba podejść ambitniej do tematu i dobrze przygotować się kondycyjnie. Jeszcze na początku roku ściągnąłem do domu trenażer i co nieco pojeździłem przed telewizorem. Dalszy plan zakładał rekonesans trasy i dłuższe wyjazdy. Niestety życie zweryfikowało plany i oczywiście nie udało się wyrwać. Żeby pomóc sobie w treningu, dodatkowo kupiłem motocykl i jak się domyślacie rower poszedł w odstawkę. Suma summarum, na koniec czerwca stwierdziłem – będzie, co będzie i byle dojechać do końca:)

Sprzęt

Jeszcze na początku sezonu zrobiłem przesiadkę z mojego customowego Marin Muirwoods, na model Four Corners tej samej firmy. Wyprawowy rower na ramie cr-mo z barankiem, o nieziemskiej geometrii.

Szybko utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to najlepszy wybór do bikepackingowej turystyki. Rozszerzana kierownica typu baranek, z owijką z wkładką żelową, zapewnia komfort nawet po wielu kilometrach, napęd Shimano Sora 3×9 pozwala na dobranie idealnych przełożeń do swoich potrzeb. Tu stawiam kropkę, zdejmuję czapkę i przepraszam się z napędem 3x. Twierdziłem do niedawna, że 2x jest wystarczający, a nawet kierowałem coraz częściej spojrzenie w stronę singla z przodu. Na trasie było co najmniej kilkanaście podjazdów gdzie musiałem jechać na najmniejszej zębatce z przodu i największej z tyłu ( 30T x 32T ).

Na lekko – takie było pierwsze założenie przy pakowaniu roweru. Od jakiegoś czasu jeżdżę jedynie z sakwami typowo bikepackerskimi i do klasycznych na bagażnik nie zamierzam wracać, więc myślę uda się. Mniej się zmieści zbędnych gratów to i podczas jazdy będzie łatwiej, o podnoszeniu całego setu nie wspominając. Pierwsze ważenie i 20,5 kg wyszło na wadze. Hmm gdzie zrobiłem błąd. Rower realnie ok 13,5 kg więc 7 kg sprzętu, nie licząc jedzenia i wody to sporo. Ostro się zabrałem za odchudzanie sakw, ale jak się później okazało jak na wyścig dalej zabrałem za dużo.

W oddzielnym artykule postaram się bardziej przybliżyć zagadnienia sprzętowe i moją konfigurację.

Jako wierny hamakowiec nie brałem namiotu tylko zestaw Tarp Lesovik UL oraz wiernego Ducha. Na przyszłość jednak widzę, że tarp i lekka mata samopompująca była by tutaj bardziej uniwersalnym wyborem.

 Wyścig rozpoczynał się 6 lipca o godzinie 8:00, dlatego na miejsce przyjechaliśmy dzień wcześniej. Trzeba się w końcu najeść, odpocząć przed wyzwaniem oraz po raz ostatni sprawdzić sprzęt. Noc zleciała bardzo szybko i przez emocje już o 5 rano byłem na nogach. Dobre śniadanie, spakowanie obozu, przygotowanie psychiczne i ani się obejrzałem już startujemy!

Kilometry z górki lecą w zawrotnym tempie, ale po kilkunastu kilometrach na górskich drogach trafiamy na miejsce wypadku, który miał miejsce dosłownie kilka chwil przed naszym przyjazdem. Zamiast ścigać się z innymi, podejmujemy wyścig o zdrowie i życie poszkodowanych. Całe szczęście wśród uczestników jest kilka osób z odpowiednim przeszkoleniem i potrafiących zachować zimną krew ( Dzięki Marcin;). Sprawnie ogarniamy poszkodowanych, auta, miejsce zdarzenia i czekamy aby sprawę przekazać odpowiednim służbom. Całe szczęści nic poważnego się nie stało, więc po przyjeździe ratowników możemy kontynuować maraton.

 Pierwsze 50 km zleciało tak szybko, że nie chciało mi się wierzyć. Ale cóż tak to jest jak się leci z górki. Dopiero po tym dystansie zderzamy się z tym co będzie czekało nas przez najbliższe dni. Dookoła Jeziorka Goczałkowickiego trasa wiodła po wałach, na których wspomnienie zapewne wielu uczestników dostaje dreszczy;) Jazda po zarośniętych, wałach gdzie co chwila czai się jakaś dziura i nierówności, w pełnym słońcu nie należy do przyjemnych.

Z ogromną radością przywitałem leśny odcinek. Później nieco asfaltu, szutry, malownicze krajobrazy, itp. Kawałek za Oświęcimiem złapała nas straszna burza, pioruny waliły naprawdę blisko. Nie było czasu na postoje, tak więc zdecydowałem się na jazdę w deszczu. Murphy oczywiście o mnie pamiętał, tak więc burza szła zgodnie z kierunkiem jazdy i przez niemal 3 godziny radośnie zapewniała mi stały prysznic.

Za sprawą pewnego zbiegu okoliczności (oraz Lesovika ) złapaliśmy się z Marcinem z OSP zajmującego się ratownictwem specjalistycznym. Wzajemnie się motywując dotarliśmy do Krakowa. Dystans na zakończenie dnia 195 km, bardzo pozytywnie nastrajał. Całkowicie przemoczony sprzęt i ciuchy już nieco mniej, ale i to się udało ogarnąć.

Dzień 2

 Wyspaliśmy się, aż za dobrze co skutkowało późnym startem. Dopiero o 10 opuściliśmy Kraków i ruszyliśmy dalej w trasę.

Tego dnia nie mogliśmy narzekać na nawierzchnię ponieważ niemal cała trasa między Krakowem a Szczucinem prowadziła przygotowanym wałem, ze ścieżką rowerową. Rewelacyjna trasa na gravela!

 

 

 Zaraz po przeprawie promowej trafił nam się super obiad. Późnym popołudniem byliśmy już w Szczucinie, gdzie Marcin zorganizował nocleg w remizie, a wieczorem szykował się jeszcze koncert. Stwierdziliśmy, że takiej okazji nie można przegapić. Zrobiliśmy raptem 132 km, ale dalej pozostawał nam zapas z dnia poprzedniego względem założonych 150 km dziennie.

Dzień 3

Dzień trzeci rozpoczął się wręcz idealnie. Pierwsze 200m i w rowerze kolegi poszła dętka. Już wtedy wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Zaraz po tym zmoczył nas deszcz i po raz kolejny bujaliśmy się po zarośniętych wałach….grrr.

Mnie po kilkunastu kilometrach zaczęło boleć ścięgno Achillesa w prawej stopie, a nieco później dołączył również ból w lewej. Po prostu świetnie. Jakoś dobrnęliśmy do Sandomierza, gdzie zafundowaliśmy sobie dobry obiadek.

Gdy siły wróciły zaatakowaliśmy dalej! Całkiem sprawnie pokonaliśmy podejście na Góry Pieprzowe, choć lekko nie było, a następnie ruszyliśmy w dalszą drogę pełną zjazdów i podjazdów. Mijając sady wiśniowe oczywiście nie mogliśmy się nie zatrzymać 🙂 Dystans dnia to 155 km, czyli dzienny limit wakacyjny wyrobiony.

Dzień 4

Dzień czwarty został ogłoszony dniem kryzysu. Wydawało mi się, że nogi są w lepszym stanie, ale już pierwsze kilometry pokazały, że wcale nie jest tak kolorowo. Zmiana techniki pedałowania, masaż i usztywnienie (tu po raz kolejny podziękowania dla Marcina i jego fizjoterapeutki na telefon:) zagryźć zęby i dalej jazda.

Widoki na trasie szybko odciągnęły uwagę od bólu, nadwiślańskie okolice Kazimierza są przepiękne. Jadąc przez błotniste trasy wzdłuż Wisły, obiecałem sobie, że jeszcze tu wrócę wypoczęty i na lekko. Wieczorem rozbiliśmy się na piaszczystym brzegu, przy ognisku obiecując sobie tym razem wczesną pobudkę.

Dzień 5

Pobudka i śniadanie przebiegły całkiem sprawnie, udało się wyruszyć jeszcze jak było rześko. Do Warszawy niby został raptem kawałek, ale bałem się go z dwóch względów. Po pierwsze wizja możliwości rezygnacji i powrotu do domu była bardzo kusząca, a Achillesy cały czas uprzykrzały mi podróż, a po drugie przed Warszawą zapowiadany był ponoć jeden z cięższych fragmentów trasy. Rzeczywiście lekko nie było. Długie single, blisko osuwających się klifów, wszędzie dziury na ścieżce, piachy i inne atrakcje dały nam nieźle popalić. Super trasa, żeby w kilka godzin dobrze się pobawić, ale po kilku dniach w siodle nie sprawiała nam już takiej frajdy.

 

Jakoś dotarliśmy do Warszawy i na szybko skorzystaliśmy z serwisu w Halarowerowa.pl W czasie gdy nasze rowery się robiły, zjedliśmy i planowaliśmy dalszą część dnia. Mimo że od kilku godzin bez przerwy jechaliśmy dystans był bardzo słaby. Trudno, trzeba zagryźć zęby i nadrabiać. Obiecaliśmy sobie, że jedziemy tak długo, jak będą siły. Przez samą Warszawę przebiliśmy się szybko, następnie okolice twierdzy Modlin i dalej, póki siła w nogach. Nieco przed północą zapadła decyzja o postoju tuż przed Wyszogrodem. Dystans po całym dniu jazdy nie powala, bo raptem 170 km, ale trudny teren zrobił swoje i każdy z tych kilometrów naprawdę odczuliśmy.

 

Dzień 6

Ze względu na różne tempo rano dokonujemy podziału grupy. Część woli spokojniejszą jazdę, a w nas wzrasta ciśnienie i chęć szybszego dotarcia na metę. To była dobra decyzja, dzięki czemu każdy swoim tempem dalej pokonuje trasę. Przywykliśmy już do szutrówek, tak więc cieszy nas każdy kilometr szybszej jazdy. Po drodze nawet załapujemy się na wywiad z TV na temat rozwoju ścieżek rowerowych w tym regionie.

W Płocku szybkie drugie śniadanie i ogień. W planach kolacja na rynku w Toruniu. Oczywiście jak wszystko idzie dobrze to musi się kiedyś sp…. (zepsuć). Kiedy już myślami byliśmy w knajpce przy dobrym jedzeniu i piwku, rzeczywistość postanowiła nam sprzedać liścia. Nasza trasa zaczęła przypominać istną piaskownicę. O ile pierwsze odcinki udawało się przejechać, to im bliżej celu tym piachy były gorsze.

Piach wyssał z nas siły, do tego stopnia, że ciężko było nam nawet pchać rowery, nie mówiąc o jeździe. Już na obrzeżach Torunia dopadła nas burza, nie zostawiając na nas suchej nitki. Nikt nie myślał już o pierogach i zimnym piwku. Zawinęliśmy się jak najszybciej na kwaterę, marząc tylko o ciepłym prysznicu i wejściu do śpiwora. Dystans pokonany 165 km.

Dzień 7

Jak zwykle w takich chwilach, poranek przychodzi za wcześnie. Trzeba wstać, zebrać się i lecieć dalej w trasę.

Pff… nie ukrywam, że powoli mam już dość tej gonitwy, ale z drugiej strony wizja przybliżającej się z każdym kilometrem mety jest bardzo kusząca. Przedzieramy się przez mokre krzaki i zarośla i już po paru minutach, zapominamy o suchych ciuchach. Na nasze szczęście jest ciepło, więc na bardziej odkrytych odcinkach udaje się szybko wyschnąć.

Coraz częściej trafiają się atrakcje, gdzie rowery trzeba nosić po schodach lub pod górkę. Odcinek w okolicy miejscowości Świecie jest tak błotnisty i śliski, że ciężko niekiedy samemu wejść pod górkę, nie wspominając o wrzuceniu tam zapakowanego roweru. Wierzcie mi, momentami był naprawdę hardcore.

Docieramy do Grudziądza i tu robimy przymusowy postój na stacji. Zjadamy kolację, wypijamy dużo ciepłych napoi i zapada decyzja, o kontynuacji trasy do końca (jej lub naszego). Już po chwili w butach wesoło chlupie woda, ale przy ilości przepraw przez kałuże, to już nam nie przeszkadza. Teraz wchodzi faza głupawki i pozwala nam się cieszyć podczas przejazdów przez długie kałuże. Taki off road tylko rowerem;) Zapada zmierzch, a nasza trasa wiedzie przez czarny szlak pieszy. Po deszczu niemal bez hamulców i przy średnim oświetleniu wrażenia były bezcenne. Całe szczęście obyło się bez wypadków.

 W okolicach 2 w nocy przychodzą pierwsze kryzysy, na które nie pomaga już głupawka i wspólne śpiewanie (fałszowanie). Postój na stacji benzynowej i ciepłe żarcie dodaje sił. Jesteśmy dalej w grze i to się liczy. Nogi podają jak szalone, organizm rozgrzewa się do tego stopnia, że ciuchy są niemal suche. Trzeba tylko zająć czymś myśli, żeby nie myśleć o zmęczeniu i będzie dobrze. Łapię się na tym, że coraz częściej przechodzę w tryb automat, czyli taki gdzie nie skupiając się na drodze, po prostu jadę.

 Łąki w okolicach Tczewa są dla nas, mamy nadzieję ostatnią próbą wytrwałości. Monotonia i zmęczenie nie ułatwiają zadania, a coraz łatwiej o glebę w błotnej koleinie. Kiedy opuszczamy ten odcinek jest już jasno, ale większość ludzi jeszcze śpi. Czujemy już bliskość mety, ale w dalszym ciągu to kilkadziesiąt kilometrów. Wiemy doskonale, że nie możemy się teraz poddać, spinamy poślady i powoli kręcimy dalej. Kolana zaczynają się buntować, o tyłkach nawet nie wspominam, bo łącznie kilkanaście godzin ciągłej jazdy tego dnia daje się we znaki.

„Powoli a do celu” cały czas powtarzam w myślach i każdy pokonany kilometr witam jak nowy rok w Szanghaju. Tym sposobem docieramy niemal do ujścia, gdzie w ramach odpoczynku pchamy rowery po Mewiej Łasze, tak aby dotrzeć do samego ujścia. Przeklinałem ten odcinek w obydwie strony, piasek idealnie wypolerował mi klocki hamulcowe i pożegnałem się już z hamulcami do końca. Teraz jeszcze tylko końcówka do samej mety na wyspie Ołowianka w Gdańsku. Raptem dwadzieścia kilka kilometrów i możemy iść spać.

Nie do końca wiem jak udaje nam się dotrzeć do mety, ale ok. 9 jest już po wszystkim. Udało się! Dojechaliśmy po ponad 18 godzinach jazdy, udało nam się pokonać 272 km w trudnym terenie. To jest odpowiedni finał i życiówka w jednym! Spaaaać !

Podsumowanie i wnioski

Pokonanie trasy zajęło nam 169 h i 20 min. Przyznaję przed samym sobą, że tak naprawdę to jechałem 2 dni na 150% – pierwszy i ostatni. To, co było pomiędzy to naprawdę super wakacje w siodle, pozwalające poznać super ludzi i cieszyć się wspaniałymi widokami. Niczego nie żałuję.

Już snuję plany na temat przyszłej edycji i wyciągam wnioski z tegorocznego przejazdu.

A skoro jesteśmy przy wnioskach, to poniżej kilka moich przemyśleń. Co do samego zestawu, jaki zabrałem- na wycieczki i do turystyki nic bym nie zmieniał, no może poza dodaniem maty samopompującej i zabraniu lżejszej kuchenki. Na wyścig rzeczywiście zabrałem za dużo. Kuchenka zgodnie z podpowiedziami okazała się praktycznie zbędna. Ciuchów i jedzenia również nieco za dużo. Na potrzeby maratonu należy znacznie odchudzić sprzęt, niejednokrotnie wyrzucając wszelkiego rodzaju buckupy i przydaśki. Tylko niezbędne rzeczy niezbędne do jazdy. Nic ponadto.

O wcześniejszym treningu i odpowiednim rozjeżdżeniu nie muszę chyba wspominać, bo to oczywiste. W moim wypadku nieco tego zabrakło i stąd zapewne kontuzja ścięgien Achillesa.

Co do samej strategii jazdy. Jeżeli nie jeździsz szybko jak błyskawica, to musisz jeździć dużo. Wcześniej wstań, później pójdź spać i nie rób długich przerw. Przy takich imprezach to na pewno pomoże uzyskać dobrą lokatę.

Tak jak wcześniej pisałem, przeprosiłem się z niższą kadencją i większość trasy przejechałem na 3 blacie (50T), tu od razu ciekawostka, na którą się natknąłem. Na dużym blacie zdecydowanie łatwiej przelatuje się po piaszczystych drogach, dodatkowo, jeżeli rower się odpowiednio rozpędzi to nie odbija się negatywnie na kolanach. Przez wszystkie dni miałem tylko po 2 dniu lekki ból, który ustąpił po obniżeniu siodła o 5 mm. Druga sprawa – odpowiednie rękawiczki i miękka owijka pozwalają cieszyć się wieloma godzinami jazdy bez bólu nadgarstków.

Co do samej imprezy, to siedząc już wygodnie w fotelu i mając to wszystko za sobą mogę stwierdzić jedynie, że naprawdę było warto. Super przygoda, mega wyzwanie i w nagrodę ogromna satysfakcja z ukończenia tego jakby nie patrzeć trudnego ultra maratonu.

Na koniec podziękowania dla firm, które wspierały nas w trakcie imprezy


 

Autor -FoX-

Zdjęcia Marcin Grudziński, Malwina Dobrowolska, Adam Piotrowski

Comments

comments

Posted in Aktualności, Relacje and tagged , , , , , , , , , .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *